TREPANACJA - (za "Słownik wyrazów obcych") w medycynie operacja chirurgiczna polegająca na wywierceniu otworu w kości, zwłaszcza kości czaszki, po to, by dostać się do chorego lub uszkodzonego miejsca: Trepanacja czaszki była wykonywana już w starożytności. W stomatologii dokonuje się zabiegu trepanacji zęba po to, aby otworzyć jego koronę, pod którą jest stan zapalny, lub po to, żeby dotrzeć do miazgi próchniejącego zęba.
fr. trépanation od gr. trýpanon ‘świder’

Tu: Próba 'przewiercenia się' przez powszechną obojętność społeczeństwa i dotarcia do 'chorego miejsca' - powodu, że w Polsce dzieje się źle, a zawsze przecież może być lepiej.

wtorek, 27 stycznia 2015

Jestem własnie świeżo po obejrzeniu jednego z telewizyjnych show mianowicie "Ramsey Gordon za kratami". Wspomnianego pana raczej nie muszę przedstawiać - zapewne każdy słyszał o "Hells Kitchen". Show telewizyjne głównie nastawione jest na jeden cel - PIENIĄDZE. Jednak ten ujął mnie (i to nie ze względu na jedzenie, które ubóstwiam). O co cale zamieszanie? Już wyjaśniam...

Jest sobie wiezienie i grupa więźniów. Odbywają wyroki, przesiadując całymi dniami w celach, ale kiedyś wyjdą na wolność i... właśnie. Co wtedy? Jak żyć i normalnie funkcjonować z metką "Były więzień"...? Ramsey (lub zespół od PRu) próbuje pomóc odpowiedzieć na to pytanie. W więzieniu założono kuchnię. Profesjonalną. Choć więźniowie początkowo nie potrafili nawet usmażyć jajecznicy (!) już po krótkim czasie przygotowywali profesjonalne posiłki. Ich ciasta trafiały do cukierni "na zewnątrz", a więc zaczęli pracować jako firma. Da się? Jak widać DA!

A co z polskim więziennictwem? Uważam, że wprowadzenie takich rozwiązań byłoby świetne. I o wiele lepszym rozwiązaniem niż np. propozycja Korwin-Mikkego, czyli wprowadzenie kary śmierci. Owszem, pomogłoby, bo "trzymanie" ludzi na dożywociu generuje ogromne koszty, które porywamy my - podatnicy. Ale czy zabijanie jest lepsze niż resocjalizacja? Bynajmniej. Wprowadzenie rozwiązania pracy jest moim zdaniem jednym z lepszych rozwiązań jakie możemy sobie wyobrazić.

Mamy tu wszystko, czego nam potrzeba:
- rozwiązanie z utrzymaniem więźnia, który będzie mógł sam zarobić a raczej zapracować na swoje utrzymanie i wyżywienie.
- Zostaje też rozwiązany problem prac, których nikt nie chce sie podjąć, porządkowe, ale nie tylko
- Więźniowie, którzy zostaną kiedyś "zwróceni społeczeństwu" zostaną przeszkoleni i zdobędą nowy zawód. Tym samym łatwiej będzie im o zatrudnienie a myślę, że i społeczeństwo z czasem przekonałoby się do tego, że osoby po wyroku na prawdę potrafią się zmienić.

Być może, że to bardzo górnolotne i jeszcze bardziej optymistyczne założenia. Wierzę jednak, że ludzie się zmieniają. A dobrze poprowadzeni - zmienią się na lepsze. I z pewnością tu nic nie tracimy, bo albo mamy całe zakłady karne zdrowych ludzi, którzy całymi dniami przesiadują w swoich celach, albo wykorzystamy ich energie.

czwartek, 14 lutego 2013

...o miłości w niebanalny sposób

Czyż nasze społeczeństwo nie jest nie-logiczne? Najpierw twierdzimy, że miłość w naszych czasach nie istnieje a za chwilę okazuje się, że co drugi jest nieszczęśliwie zakochany. Właśnie - "Nieszczęśliwie". można śmiać twierdzić, że miłość może nie być szczęśliwa? Każda jest. Lecz skoro każda taką (przynajmniej z założenia) być powinna, to co z miłością nieodwzajemnioną? Moje stanowisko na ten temat brzmi: też jest SZCZĘŚLIWA. Problem bowiem nie tkwi w istnieniu bądź nie istnieniu miłości. Błędne jest nasze postrzeganie.

Ciężko jest pisać o miłości w niebanalny sposób. Chyba każdy jednak lubi taką banalność tylko się głośno do tego nie przyznaje. Ja, na ten przykład, wprost ubóstwiam momenty, kiedy to kładę się na łóżku i rozmyślam. O osobie, którą darzę właśnie TYM uczuciem. I choć On czuje do mnie tyle co nic, czerpię z tego radość... przecież miłość sama w sobie jest tak niezwykle wspaniała!

Nie wierzysz? Też tak początkowo myślałam, przez co straciłam tyle energii. Te nieprzespane, przepłakane noce, całe oceany wylanych łez... moje osobiste tragedie, które odbywały się w zaciszu domowym. Z dala od czyjejś uwagi. No, może po za obiektem moich westchnień - zasypywanym setkami wiadomości. Otrzymywał je oczywiście od nikogo innego jak ode mnie... smsy, piosenki, wiersze, rysunki, listy i inne dowody na to jak bardzo mi go brak. Bzdura totalna! Zadaj sobie pytanie "Czym dla mnie jest miłość?". Czy powielanie moich zachowań z okresu załamania, nie wydaje się być potwornym egoizmem? Do tego stopnia, ż epragnienie drugiej osoby zaślepia nas. Ma być tak i koniec. MAM CIE MIEĆ. A przecież skoro kogoś kochamy to Jego dobro powinniśmy stawiać ponad swoje.

c.d.n....

środa, 23 stycznia 2013

Fenomen pomagania ?

Ponoć gdy pomagamy wytwarza się w nas jakaś substancja odpowiadająca za odczuwanie przyjemności. Możliwe całkiem, że to jest jedna z tych tez z cyklu "amerykańscy naukowcy stwierdzili, że ludzie wierzą we wszystko, co stwierdzą amerykańscy naukowcy", ale ja sama odczuwam przyjemność z pomagania innym. Wy tak nie macie? Z pewnością odczuwacie jakiś rodzaj satysfakcji. A to już jest pewnym przejawem egoizmu...tak, egoizmu! Pomagając komuś bowiem odczuwamy, że nagle staliśmy się przez chwile ważni dla świata, lepsi!

Nie wiem dlaczego, ale jak opowiadam swoim znajomym, że pomagam ludziom, których nie znam, ba! Nawet nie maja pojęcia kto im konkretnie pomógł, to strasznie hmmm wkurzają się na mnie? Tak, chyba tak to mogę określić. Twierdza, że świata nie zbawię, że tracę czas. Ale jakby tak się zastanowić: na świecie żyje 7 miliardów ludzi. Powiedzmy, że co trzeci (!) jest lokalnym supermenem i pomaga. Czy taka ilość nie jest już w stanie zmienić świata? A gdyby tak każdy miał takich 'przyjaciół' mówiących w kółko "To nie ma sensu" i poddawał się.  Dlaczego, wiec ja mam przestać. I wierzyć, i robić. Siedzieć na kanapie i frustrować się, gdy słyszę, że ktoś inny wierzy w lepsze jutro. Zwalczając to, co uważamy za złe, bowiem pomagamy całemu społeczeństwu - tak sądzę. Chyba, że ktoś to rozumie jak bohaterowie filmu "Bóg błogosławi Amerykę" (czy jakoś tak). Też czasami siedzę jak główny bohater przed telewizorem i "skaczę" po kanałach. Pięknie został przedstawiony sposób jak media nas ogłupiają. Rzucają nam jakieś beznadziejne ochłapy, które są dla nas rozrywką? O zgrozo. To tylko komedia, jest w niej wszystko przejaskrawione, ale jak tak siądziesz i pomyślisz.... Jak mi zrobiło się blisko do tego mężczyzny, który próbuje o tym dyskutować w biurze. A w odpowiedzi dostaje co? "Oglądałeś wczoraj <<American Super Starz>>...?". Rzecz się dzieje w stanach. Facet zostaje zwolniony z pracy (wywalony raczej przez swoje poglądy - oficjalnie dlatego, że wysłał kwiaty dla koleżanki z pracy, czyli ją molestował). Córka nie chce się z nim spotykać w "wyznaczonym" terminie, sąsiedzi działają mu na nerwy, ogólnie - wszystko, te beznadziejne społeczeństwo i jego denność na jego frustracje się składa. A faktycznie, zapomniałabym o najważniejszym. Dowiaduje się, że ma guza mózgu i zostało mu kilka miesięcy życia. Kradnie więc wypasiony, żółty mustang GT (podajże) sąsiada, zabija gwiazdkę serialu, czyli przesłodzoną blondi - rozpieszczoną małolatę, potem chce popełnić samobójstwo. Ale napatacza się inna, sfiksowana małolata i zabija z nim dalej. Kogo? w sumie bez ładu i składu. Po prostu, ludzi, którzy ich drażnią swoja głupotą. Pojawiła się w mojej myśli przerażająca rzecz - ilu ja bym zabiła... a zaznaczyć trzeba, że jako ideologiczna Rastafarianka kieruje się zgoła innymi pobudkami w życiu. Przede wszystkim wielkim szacunkiem do samego życia, brzydzę się zabijaniem i kocham wszystkich dookoła etc... jednak czasami na prawdę wkurza mnie ta wszędobylska głupota. Poczynając od tych głupot w rządzie, na które kiwamy główkami, a kończąc na beznadziejnych serialach i programach rozrywkowych. Skoro choć po części mogę zmienić ten świat, czemu MAM TEGO NIE ROBIĆ? Podajecie mi całą listę argumentów typu, że sama ryzykuję, że coś tam stracę, że się poświęcam, poświęcam czas... Ale po co to wszystko? Podam jeden argument "za" i waży on więcej niż ta cała lista. Nie zmienisz całego świata od razu, to prawda. Nie będę Cie namawiać, Drogi Czytelniku, do poświęcenia całego siebie. Lecz poświęć część, odrobinę siebie i pomóż jednej istocie. Dla niej zmienisz ten świat.jej ŚWIAT.

Nie. Nie jestem ideałem, nie uważam się za jakąś męczenniczkę czy Super-woman. Siedzę i piszę ten post o 1:30 w nocy. Właśnie wstałam po wypiciu 0,5 l whisky, która wygrałam w jakimś zakładzie. Nawet nie wiem w jakim, z resztą, w tym kontekście i tak pewnie nieważnym. Miałam spisać to wszystko wcześniej. Piszę teraz - może tak miało być (wszystko ma bowiem swoje miejsce w czasoprzestrzeni). Dogania mnie chyba kac. Możesz o mnie powiedzieć, że jestem taka jak wszyscy. Siedzę godzinami na Facebooku, czy blogu i potrafię tylko trajkotać. Przykro mi, ale robię też inne rzeczy. Zawiodłam Cię, wiem... nie jestem owcą, lemingiem, który podążą za tym co wygodne. Dużo nie wymagam od strony materialnej, za to od świata 'wartości mentalnych' chcę jak najwięcej. działam inaczej, czasem w sposób irracjonalny dla społeczeństwa. Działam na nerwy - fakt. Bo się wychylam, bo nie dbam tylko o siebie, bo nie żyję jak reszta. Odstaję od szarej masy, a ludzie boją się tej inności. Tak jak te małpy z eksperymentu:

W zamkniętym pomieszczeniu umieszczono grupę małp i drabinę, na której szczycie umieszczono kiść soczystych bananów. Ilekroć któraś z małp próbowała wspiąć się po owoce, wszystkie były polewane wodą. W końcu przestały się wdrapywać. Do grupy dołączyła nowa małpa, która od samego początku próbowała zdobyć nagrodę. Ale każda jej próba była tłamszona przez resztę - boleśnie ją biły, bo bały się prysznica. Przestała. Naukowcy wpuścili kolejną nowicjuszkę. Sytuacja się powtarza. Okazało się, że nawet małpa, która nie była polewana wodą biła "nową", choć nie wiedziała dlaczego. Uwarunkowano ją po prostu, że tak nie wolno i koniec. Czasem mam wrażenie, że zachowujemy się jak te nie-polewane małpy...A gdyby tak jedna wspięła się na ta drabinę i pokazała, że nic strasznego się nie dzieje, za to jakie są z tego profity! Nigdy nie przekonamy się, gdy nie podejmiemy ryzyka. Będzie ciężko, cholernie zapewne, ale, na Boga. Nie bójmy się tego ryzyka podejmować na co dzień.

sobota, 11 sierpnia 2012

Ach ta młodzież - czy błądzi?



Dzisiaj, jadąc dyliżansem komunikacji miejskiej, do pracy zasłyszałam pewną rozmowę dwóch staruszków. Takich typowych zupełnie emerytów. Rozmowa wydaje mi się też całkiem zwyczajna i temat często-gęsto spotykany, mianowicie "Panie! A ta młodzież to dzisiaj... a oni nic nie robią... tylko widzi się takich, dwa piwa i stoją pod blokiem...". Ale czy do końca jest ta młodzież tak zniszczona? Czy poza sączeniem browara nie mamy już żadnych celów, ani krzty ideałów?


Siedzę sobie teraz w mieszkaniu, wybija piąta nad ranem. Wróciłam z pracy i delektuję się kawą by jeszcze przez chwilę umysł pracował jasno. Założyłam ten blog a nic na nim nie umieszczam, bo... mam tyle myśli, a ani chwili by je poukładać! YouTube podpowiada mi, że wybrał specjalnie dla mnie utwór M. Grechuty "Gdzieś w nas". Grechutę znam, a jakże! Chyba każdy zna chociażby "Dni, których jeszcze nie znamy", ale owe "Gdzieś w nas"? Wiedziona ciekawością wchodzę w link. I w słuchawkach słyszę:


"Gdzieś w nas błyszczą gwiazdy poezji;
Gdzieś w nas niosą krzyże polonii,
Gdzieś w nas kwilą buty północy,
Gdzieś w nas idą ludzie niezłomni...
Gdzieś w nas mącą kaci w strumieniach,
Gdzieś w nas piszą donos na życie,
Gdzieś w nas pieją prawdy na rusztach,
Gdzieś w nas płaczą baby niesyte...
Gdzieś w nas stroją namiot cyrkowcy,
Gdzieś w nas płoszą dzieci jaskółki,
Gdzieś w nas grają w karty płomienie,
Gdzieś w nas...
Gdzieś w nas tańczą strachu stróżowie,
Gdzieś w nas jadą wolni bogowie,
Gdzieś w nas piją klęski wodzowie,
Gdzieś w nas, gdzieś w nas..."



I przypominają się słowa "Co z tą młodzieżą?". A tu mamy odpowiedź - to wszystko jest gdzieś w nas tylko sami w to nie wierzymy. W tym cały problem - młodzieży, starców, społeczeństwa. Nie wierzymy w to, że jesteśmy w stanie zmienić wszystko dookoła siebie. Wojny, powstania - to było prostsze, bo chwytało się za karabin i biegło się z podniesionym czołem na czołgi ratować nasz kraj. Patriotyzm w pewnym sensie miał jasny wydźwięk. A teraz? Wojna toczy się cały czas, ale my jej nie dostrzegamy naszymi zamydlonymi oczyma. Nie trzeba terroru, świszczących kul nad głowami, burzonych miast... wystarczą media i szczerzące się gęby. Wszyscy piękni, mili, pogłaszczą, pochwalą i ni sie obejrzysz portfel twój świeci pustkami. Nie zgadzasz się z tym? Czemu więc milczysz? To, że narzekasz w licznych pogawędkach z sąsiadem nie poprawi twojego losu. Potrzebujemy zmian, ZMIAN, które nie przyjdą same, a które muszą wyjść z nas. 



Nieważne ile masz lat, co robisz, jakie masz wykształcenie. Jeśli widzisz, że coś jest nie w porządku - zmień to. Na ulicy leży śmieć - podnieś, wyrzuć do najbliższego śmietnika. "Bum" prosi cię o bułkę - podziel się z nim, w końcu nie wiesz czy jest bezdomnym z zrządzenia losu, czy własnego wyboru. Kiedy zaczynasz dbać o własne środowisko, wszystko co dzieje się dookoła zaczynasz patrzeć szerzej, widzieć więcej. A gdy zaczynasz dostrzegać pewne nieprawidłowości i potrzeby zmian jest to pierwszym krokiem do tego, aby zmienić wszystko - i te małe, na pozór błahe, i te globalne. 




Wracając do młodocianych... kto mieszkał/mieszka w Białymstoku być może słyszał lub bywał w miejscu nazwanym "Zahery". Swojego czasu młodzież spotykała się tam na przysłowiowe piwo pod chmurką. Miejsce sprzyjające ku temu, mimo, że znajdujące się w samym centrum miasta (w tej chwili wznieśli tam budynek wydziału Farmacji tutejszej akademii medycznej - tym samym zahery umarły). Gdy cofam się pamięcią do czasów "działalności" zaherów, pamiętam ożywione zgromadzenie w dniu gdy spadł nam (dosłownie) z nieba prezydent. Tak, mam tu na myśli dzień katastrofy smoleńskiej lub któryś z dni zaraz po tym (niestety nie jestem w stanie określić tego precyzyjnie). Plac był pełen, tętnił życiem. Oczywiście, alkohol był, tego się nie wyprę, ale wszyscy, jak jeden mąż, rozmawiali tylko o jednym - o tym, co zdarzyło się w Smoleńsku. Trwało to do późnych godzin nocnych i chyba poruszyliśmy wszystkie opcje z tym wydarzeniem związane - poczynając od tego czemu premier pojechał pociągiem, czy był to wypadek, a może zaplanowany zamach? Nie brakło zwolenników teorii spiskowych porównujących to do sprawy upozorowanej śmierci generała Sikorskiego. Dlatego tak potwornie oburzyły mnie słowa policjanta, który dowodził chyba całym oddziałem szturmowym. Nie ma w tym przesady, ponieważ na plac wpadli czterema klatkami (dużymi radiowozami), wrzeszcząc i świecąc lampami bezczelnie po oczach bogu ducha winnym ludziom. Ok, naruszyliśmy przepisy spożywając alkohol w miejscu publicznym, ale komentarz "Jak wam nie wstyd, w taki dzień! Żałoba narodowa, a wy..." - z góry rzucona ocena i koniec. Młodzież jest zła, nic nie warta. Owszem, istnieją jednostki biegające w dresach, słuchające muzyki mało-wyszukanej z telefonów nie zaważając na to, iż uszom ludzi wokół zapewniają istne tortury a największą rozrywkę czerpią z picia lub bicia. I przez to mamy skreślić całe młode pokolenie?...






***Ciąg dalszy nastąpi.*** 

poniedziałek, 2 lipca 2012


Nie jestem w stanie pojąć czemu ludzie nie próbują nic zmieniać. A jeszcze bardziej nie rozumiem tych, którzy wmawiają nam, że nie jesteśmy w stanie nic zdziałać. Nasze idee okazują się błahe, cele zbyt  wzniosłe. Wracamy do szeregu i tańczymy dalej w kołowrotku, w chocholim tańcu. Dlaczego? Czyż nie jest tak, że deszcz zaczyna się od jednej kropli? Tak samo rewolucja zaczyna się od jednostki. Ta rewolucja jest w nas. Nieprzypadkowo używam słowa „rewolucja” – nie uważam je za zbyt mocne, absolutnie! Uważam, że potrzeba zmian jest tak mocna, że to musi się otrzeć o rewolucję przede wszystkim tą w głowach naszego społeczeństwa.
Naszła mnie pewna refleksja gdy rozmawiałam z Polakami, którzy wyjechali z kraju „za chlebem”. Tomasz wyjechał do Londynu ponad 10 lat temu. Siedem pierwszych spędził samotnie, dopiero potem przyjechała i została na stałe jego żona. O Polsce mówi, jako kraju bez przyszłości. Nie tylko dla niego, ale dla wszystkich. Recepta: wyjechać jak najdalej i oby nie wracać. Mówi, że przekracza granice Polski i od razu budzi się w nim, jak to określa, „niepokój.

Maciek, 24 lata. Wyjechał tylko na kilka miesięcy do pracy. Również Anglia i podobne wrażenia.
„Jak jestem w Londynie mam pełno sił i chęci. Do wszystkiego, po prostu do życia. Pracuję, zarabiam pieniądze, wydaje je… Stać mnie na wszystko” – mówi.  W Polsce zaczyna się narzekanie i według niego to właśnie zabija w nim jakąkolwiek motywację do zrobienia coś ze swoim życiem.

Pytam się, gdzie jest fenomen tej Anglii? Skoro tonąca wyspa może stworzyć takie możliwości to czemu my, na stałym lądzie, nie mielibyśmy tego zrobić. Jak na razie – cóż. Rządzący występują  w roli marionetek w rękach USA, Rosji i UE. I tak jest, nie potrzeba żadnych teorii spiskowych, bo przy głębszej analizie okazuje się, że nawet nie próbują się z tym kryć.

„Reagują” poprzez tworzenie  wydarzenia na Facebooku, gdzie największą linią oporu jest kliknięcie „Lubię to!”.  Państwo staje się pasywne. Ludzie stają się pasywni.