TREPANACJA - (za "Słownik wyrazów obcych") w medycynie operacja chirurgiczna polegająca na wywierceniu otworu w kości, zwłaszcza kości czaszki, po to, by dostać się do chorego lub uszkodzonego miejsca: Trepanacja czaszki była wykonywana już w starożytności. W stomatologii dokonuje się zabiegu trepanacji zęba po to, aby otworzyć jego koronę, pod którą jest stan zapalny, lub po to, żeby dotrzeć do miazgi próchniejącego zęba.
fr. trépanation od gr. trýpanon ‘świder’

Tu: Próba 'przewiercenia się' przez powszechną obojętność społeczeństwa i dotarcia do 'chorego miejsca' - powodu, że w Polsce dzieje się źle, a zawsze przecież może być lepiej.

sobota, 11 sierpnia 2012

Ach ta młodzież - czy błądzi?



Dzisiaj, jadąc dyliżansem komunikacji miejskiej, do pracy zasłyszałam pewną rozmowę dwóch staruszków. Takich typowych zupełnie emerytów. Rozmowa wydaje mi się też całkiem zwyczajna i temat często-gęsto spotykany, mianowicie "Panie! A ta młodzież to dzisiaj... a oni nic nie robią... tylko widzi się takich, dwa piwa i stoją pod blokiem...". Ale czy do końca jest ta młodzież tak zniszczona? Czy poza sączeniem browara nie mamy już żadnych celów, ani krzty ideałów?


Siedzę sobie teraz w mieszkaniu, wybija piąta nad ranem. Wróciłam z pracy i delektuję się kawą by jeszcze przez chwilę umysł pracował jasno. Założyłam ten blog a nic na nim nie umieszczam, bo... mam tyle myśli, a ani chwili by je poukładać! YouTube podpowiada mi, że wybrał specjalnie dla mnie utwór M. Grechuty "Gdzieś w nas". Grechutę znam, a jakże! Chyba każdy zna chociażby "Dni, których jeszcze nie znamy", ale owe "Gdzieś w nas"? Wiedziona ciekawością wchodzę w link. I w słuchawkach słyszę:


"Gdzieś w nas błyszczą gwiazdy poezji;
Gdzieś w nas niosą krzyże polonii,
Gdzieś w nas kwilą buty północy,
Gdzieś w nas idą ludzie niezłomni...
Gdzieś w nas mącą kaci w strumieniach,
Gdzieś w nas piszą donos na życie,
Gdzieś w nas pieją prawdy na rusztach,
Gdzieś w nas płaczą baby niesyte...
Gdzieś w nas stroją namiot cyrkowcy,
Gdzieś w nas płoszą dzieci jaskółki,
Gdzieś w nas grają w karty płomienie,
Gdzieś w nas...
Gdzieś w nas tańczą strachu stróżowie,
Gdzieś w nas jadą wolni bogowie,
Gdzieś w nas piją klęski wodzowie,
Gdzieś w nas, gdzieś w nas..."



I przypominają się słowa "Co z tą młodzieżą?". A tu mamy odpowiedź - to wszystko jest gdzieś w nas tylko sami w to nie wierzymy. W tym cały problem - młodzieży, starców, społeczeństwa. Nie wierzymy w to, że jesteśmy w stanie zmienić wszystko dookoła siebie. Wojny, powstania - to było prostsze, bo chwytało się za karabin i biegło się z podniesionym czołem na czołgi ratować nasz kraj. Patriotyzm w pewnym sensie miał jasny wydźwięk. A teraz? Wojna toczy się cały czas, ale my jej nie dostrzegamy naszymi zamydlonymi oczyma. Nie trzeba terroru, świszczących kul nad głowami, burzonych miast... wystarczą media i szczerzące się gęby. Wszyscy piękni, mili, pogłaszczą, pochwalą i ni sie obejrzysz portfel twój świeci pustkami. Nie zgadzasz się z tym? Czemu więc milczysz? To, że narzekasz w licznych pogawędkach z sąsiadem nie poprawi twojego losu. Potrzebujemy zmian, ZMIAN, które nie przyjdą same, a które muszą wyjść z nas. 



Nieważne ile masz lat, co robisz, jakie masz wykształcenie. Jeśli widzisz, że coś jest nie w porządku - zmień to. Na ulicy leży śmieć - podnieś, wyrzuć do najbliższego śmietnika. "Bum" prosi cię o bułkę - podziel się z nim, w końcu nie wiesz czy jest bezdomnym z zrządzenia losu, czy własnego wyboru. Kiedy zaczynasz dbać o własne środowisko, wszystko co dzieje się dookoła zaczynasz patrzeć szerzej, widzieć więcej. A gdy zaczynasz dostrzegać pewne nieprawidłowości i potrzeby zmian jest to pierwszym krokiem do tego, aby zmienić wszystko - i te małe, na pozór błahe, i te globalne. 




Wracając do młodocianych... kto mieszkał/mieszka w Białymstoku być może słyszał lub bywał w miejscu nazwanym "Zahery". Swojego czasu młodzież spotykała się tam na przysłowiowe piwo pod chmurką. Miejsce sprzyjające ku temu, mimo, że znajdujące się w samym centrum miasta (w tej chwili wznieśli tam budynek wydziału Farmacji tutejszej akademii medycznej - tym samym zahery umarły). Gdy cofam się pamięcią do czasów "działalności" zaherów, pamiętam ożywione zgromadzenie w dniu gdy spadł nam (dosłownie) z nieba prezydent. Tak, mam tu na myśli dzień katastrofy smoleńskiej lub któryś z dni zaraz po tym (niestety nie jestem w stanie określić tego precyzyjnie). Plac był pełen, tętnił życiem. Oczywiście, alkohol był, tego się nie wyprę, ale wszyscy, jak jeden mąż, rozmawiali tylko o jednym - o tym, co zdarzyło się w Smoleńsku. Trwało to do późnych godzin nocnych i chyba poruszyliśmy wszystkie opcje z tym wydarzeniem związane - poczynając od tego czemu premier pojechał pociągiem, czy był to wypadek, a może zaplanowany zamach? Nie brakło zwolenników teorii spiskowych porównujących to do sprawy upozorowanej śmierci generała Sikorskiego. Dlatego tak potwornie oburzyły mnie słowa policjanta, który dowodził chyba całym oddziałem szturmowym. Nie ma w tym przesady, ponieważ na plac wpadli czterema klatkami (dużymi radiowozami), wrzeszcząc i świecąc lampami bezczelnie po oczach bogu ducha winnym ludziom. Ok, naruszyliśmy przepisy spożywając alkohol w miejscu publicznym, ale komentarz "Jak wam nie wstyd, w taki dzień! Żałoba narodowa, a wy..." - z góry rzucona ocena i koniec. Młodzież jest zła, nic nie warta. Owszem, istnieją jednostki biegające w dresach, słuchające muzyki mało-wyszukanej z telefonów nie zaważając na to, iż uszom ludzi wokół zapewniają istne tortury a największą rozrywkę czerpią z picia lub bicia. I przez to mamy skreślić całe młode pokolenie?...






***Ciąg dalszy nastąpi.*** 

poniedziałek, 2 lipca 2012


Nie jestem w stanie pojąć czemu ludzie nie próbują nic zmieniać. A jeszcze bardziej nie rozumiem tych, którzy wmawiają nam, że nie jesteśmy w stanie nic zdziałać. Nasze idee okazują się błahe, cele zbyt  wzniosłe. Wracamy do szeregu i tańczymy dalej w kołowrotku, w chocholim tańcu. Dlaczego? Czyż nie jest tak, że deszcz zaczyna się od jednej kropli? Tak samo rewolucja zaczyna się od jednostki. Ta rewolucja jest w nas. Nieprzypadkowo używam słowa „rewolucja” – nie uważam je za zbyt mocne, absolutnie! Uważam, że potrzeba zmian jest tak mocna, że to musi się otrzeć o rewolucję przede wszystkim tą w głowach naszego społeczeństwa.
Naszła mnie pewna refleksja gdy rozmawiałam z Polakami, którzy wyjechali z kraju „za chlebem”. Tomasz wyjechał do Londynu ponad 10 lat temu. Siedem pierwszych spędził samotnie, dopiero potem przyjechała i została na stałe jego żona. O Polsce mówi, jako kraju bez przyszłości. Nie tylko dla niego, ale dla wszystkich. Recepta: wyjechać jak najdalej i oby nie wracać. Mówi, że przekracza granice Polski i od razu budzi się w nim, jak to określa, „niepokój.

Maciek, 24 lata. Wyjechał tylko na kilka miesięcy do pracy. Również Anglia i podobne wrażenia.
„Jak jestem w Londynie mam pełno sił i chęci. Do wszystkiego, po prostu do życia. Pracuję, zarabiam pieniądze, wydaje je… Stać mnie na wszystko” – mówi.  W Polsce zaczyna się narzekanie i według niego to właśnie zabija w nim jakąkolwiek motywację do zrobienia coś ze swoim życiem.

Pytam się, gdzie jest fenomen tej Anglii? Skoro tonąca wyspa może stworzyć takie możliwości to czemu my, na stałym lądzie, nie mielibyśmy tego zrobić. Jak na razie – cóż. Rządzący występują  w roli marionetek w rękach USA, Rosji i UE. I tak jest, nie potrzeba żadnych teorii spiskowych, bo przy głębszej analizie okazuje się, że nawet nie próbują się z tym kryć.

„Reagują” poprzez tworzenie  wydarzenia na Facebooku, gdzie największą linią oporu jest kliknięcie „Lubię to!”.  Państwo staje się pasywne. Ludzie stają się pasywni.